Pamiętają, ale nie będą płacić

Niemcy nie chcą ponosić finansowej odpowiedzialności za okropności, jakich się dopuścili podczas drugiej wojny światowej i nie chcą, aby im o tym przypominano, a najlepiej gdyby można było winę zrzucić na kogoś innego.
Czy sprawcy wojennych tragedii dbają o ofiary? Niemcy zapewniają na każdym kroku, że tak właśnie jest. Przecież stawiają pomniki, wieszają tablice upamiętniające ofiary III Rzeszy, organizują konferencje, panele dyskusyjne – czyli prawie wszystko w porządku. Wymyślili jeszcze jedną dodatkową akcję powrotu pamięci. Na chodnikach kilku miast umieszczają tabliczki z nazwiskami osób pokrzywdzonych przez III Rzeszę. Najczęściej są to tabliczki informujące, że w danym miejscu do drugiej wojny światowej mieszkali obywatele żydowskiego pochodzenia, którzy później zginęli z rąk nazistów. To ładna akcja, która ma świadczyć o tym, że Niemcy odrobili lekcję historii i przyjmują do wiadomości to, co podczas drugiej wojny światowej wyrządzili światu. Ale także przy tego typu akcjach mamy dowody na wypieranie pamięci o swoich zbrodniach, bowiem odnotowano nieprawdopodobny opór wielu lokalnych władz przy umieszczaniu tabliczek. W wielu miejscowościach inicjatywa ta spotkała się z wielkim sprzeciwem. Tak było m.in. w Villingen, czy Hellenthal, gdzie lokalni politycy CDU, ręka w rękę z członkami NPD zrobili wszystko, aby nie dopuścić do pokazania tabliczek w ich miejscowościach. Tam, gdzie udało się pomimo sprzeciwu umieścić takie dowody pamięci, wielokrotnie dochodziło do aktów wandalizmu. Nieznani sprawcy zakleili dziewięć z trzynastu położonych na chodniku tabliczek w miejscowości Wismar, w Greifswaldzie wszystkie skradziono, w Berlinie pomalowano czarną farbą. Tak było także w innych miejscach. Najwyraźniej część Niemców nie życzy sobie takich dowodów pamięci, ale nikomu nie przeszkadza ciągłe pisanie o „polskim obozie koncentracyjnym lub zagłady” – coś nie tak z ich pamięcią. Ale tabliczki to nie wszystko, a pomniki, chociaż powoli powstają, nie są dla wszystkich.

Co z polskimi ofiarami niemieckich zbrodni?
Dziwnym zbiegiem okoliczności polskie ofiary od zakończenia drugiej wojny światowej są przez niemiecki rząd, ale także przez niemieckie społeczeństwo, zapomniane. Swoje pomniki w Berlinie mają ofiary żydowskie, Sinti i Romowie, komuniści, a także homoseksualiści. Polacy swojego pomnika nie mają, chociaż najbardziej ucierpieli podczas wojny. Obecnie mamy w tej kwestii i tak dość duży postęp, bowiem część niemieckich intelektualistów zaproponowała, aby także polskie ofiary nazizmu otrzymały pomnik w niemieckiej stolicy. Na razie trwa ostra i zażarta dyskusja na ten temat. Dla wielu niemieckich polityków wcale nie jest oczywistym fakt, że Polakom taki pomnik się należy. Niektórzy uważają, że Polaków należałoby upamiętnić zbiorowo – razem z Rosjanami, Ukraińcami i Białorusinami. Innymi słowy – Polakom nie należy się oddzielny pomnik.

Zasada kija i marchewki
Od kilkunastu miesięcy, a nawet lat, niemieccy politycy stosują wobec Polski metodę kija i marchewki. Z jednej strony niemiecki prezydent, będąc pierwszego września w Warszawie, kajał się, przepraszał i przyznawał się w imieniu wszystkich Niemców do winy za wojenne zbrodnie. Kilka dni później ostrzegał nas, że uporczywe domaganie się reparacji wojennych, popsuje nasze jakże wspaniałe wzajemne relacje.

W Warszawie Frank Walter Steinmeier powiedział m.in: „Nie ma nigdzie w Europie takiego miejsca, gdzie byłoby mi trudniej powiedzieć i podnieść głos w moim niemieckim ojczystym języku. Trudno mi jest wypowiadać się do was głośno. II wojna światowa była niemiecką zbrodnią. Przed 80 laty moja ojczyzna, Niemcy, napadła na swoich sąsiadów. To byli moi rodacy. którzy dokonali strasznej wojny, która pochłonęła więcej niż 50 mln obywateli. W tej liczbie bardzo wielu polskich obywateli. Ta wojna była niemiecką zbrodnią. Historia tego miejsca pokazała, że od pierwszego dnia wojny Niemcy wzięli Warszawę pod ostrzał, przez wiele lat panoszyli się tutaj. Całe dzielnice miasta zostały zrównane z ziemią, deportowano mieszkańców, mordowano mężczyzn, kobiety i dzieci. Polska i jej kultura, jej miasta i ludzie, wszystko to, co tu żyło, miało zostać zniszczone“ – tak właśnie mówił w Warszawie niemiecki prezydent. W tym momencie wielu Polakom wydawało się, że po takich słowach Niemcy zaczną nareszcie rozmawiać o należących się Polsce reparacjach i odszkodowaniach za straty wyrządzone nam przez niemiecką maszynę wojenną. Nic bardziej mylnego …. Niemiecka narracja już po dwóch dniach powróciła do „niemieckiej normy“ – czyli „bardzo was przepraszamy, ale płacić za nic nie będziemy“.

Kto kat, a kto ofiara?
Mocne słowa Steinmeiera wypowiedziane w Warszawie, co prawda nie zostawiają żadnych wątpliwości, kto był katem, a kto ofiarą, kto poszkodowanym, a kto grabieżcą, ale w stosunkach polsko-niemieckich nie zmieniły nic. Wydawałoby się, że po tych słowach wszystko będzie jasne. Wszyscy oczekiwaliśmy, że skoro niemiecki prezydent po raz pierwszy tak wyraźnie przyznał się do winy, to tym razem rozpoczną się szczere rozmowy na temat należnych nam reparacji wojennych. Niestety tak się nie stało. Już po kilku dniach ten sam prezydent, udzielając wywiadu „Corriere della Sera“, całkowicie odrzucił debatę o reparacjach wojennych dla Polski. Komentując wypowiedź Franka Waltera Steinmeiera dla włoskiej gazety media niemieckie przytoczyły jego słowa, o tym, że debata na temat reparacji wojennych jest niepotrzebna i jest w zasadzie zwykłym uwstecznieniem. Steinmeier postawił na wspólną europejską przyszłość, a obydwa kraje, czyli Polska i Niemcy, – jego zdaniem – powinny podążać drogą pojednania nakierowaną na przyszłość. Frank Walter Steinmeier wspomniał mimochodem o niemieckiej pamięci o przeszłości i świadomości o niemieckiej winie i odpowiedzialności, ale jednocześnie powiedział, że sprawa jakichkolwiek niemieckich reparacji dla Polski, jest dla Berlina kwestią zamkniętą. Który Steinmeier jest prawdziwy? Ten ostatni!

Niemieckie wyparcie
Od kilkudziesięciu lat Niemcy wypierają pamięć o swoich wojennych zbrodniach. Od lat powtarzają, że dla nich kwestia reparacji jest zamknięta. Nie lubią tego tematu, a wszystkich, którzy chcą rozmawiać o tym, nazywają skrajnymi nacjonalistami. Nie tak dawno dziennik „Die Welt“ napisał, że wcześniejsze wypłacanie przez Niemcy reparacji wojennych zawsze wywoływały problemy i nigdy ich nie rozwiązywały. „Reparacje mają podwójny charakter. Z jednej strony są zadośćuczynieniem za konkretne straty finansowe, a jednocześnie upokarzają pobitego przeciwnika“. Jakiekolwiek reparacje wojenne nie spełnią swojej roli, a ich ewentualna wypłata mogłaby zaszkodzić krajom, które się ich domagają, wpływając negatywnie na wzajemne stosunki. Czyli Niemcy na słuszne polskie żądania odpowiadają szantażem.

Z ekspertyzy Sejmu RP wynika, że reparacje są możliwe. Polscy naukowcy twierdzą, że Oświadczenie rządu PRL z 23 sierpnia 1953 r., dotyczące zrzeczenia się z dniem 1 stycznia 1954 r. spłaty odszkodowań na rzecz Polski, było nieważne (…) i jako takie nigdy nie wywierało i nie wywiera skutków prawnych.

Anna Wawrzyszko,
Wiceprzewodnicząca ZPwN Rodło

Schreibe einen Kommentar

Deine E-Mail-Adresse wird nicht veröffentlicht. Erforderliche Felder sind mit * markiert.