Esesman przed sądem

6 listopada przed sądem okręgowym w Münster rozpoczął się proces Johanna Rehbogena, byłego strażnika niemieckiego obozu KL Stutthof. Prokuratura zarzuca mu współodpowiedzialność za zamordowanie kilkuset polskich, rosyjskich i żydowskich więźniów w latach 1942-1945. Proces cieszy się wielkim zainteresowaniem w Niemczech oraz na całym świecie.

Johann Rehbogen był członkiem SS, a od czerwca 1942 do września 1944 roku strażnikiem w obozie Stutthof. Pilnował więźniów na terenie obozu oraz w komandach pracy. Z zeznań świadków wynika, że robił to skutecznie i sumiennie. Dziś oskarżony ma 94 lata i nigdy nie przyznał się do winy. Prokuratura oskarża go o współudział w zamordowaniu minimum 100 polskich więźniów, 77 rosyjskich oraz kilkuset żydowskich. Prokuratorzy twierdzą, że zebrali wystarczający materiał dowodowy. W trakcie śledztwa przeciwko esesmanowi przesłuchano ponad tysiąc świadków.

Tylko dwie godziny na rozprawę
Biorąc pod uwagę podeszły wiek oskarżonego oraz jego stan zdrowia sąd zadecydował, że będzie on uczestniczyć w czternastu posiedzeniach procesowych, które będą trwały maksymalnie dwie godziny każde. Decyzja sądu z humanitarnego punktu widzenia wydaje się zrozumiała, ale z drugiej strony ciągły brak skruchy u oskarżonego każe zadać pytanie, gdzie były ludzkie odruchy u Johanna Rehbogena, gdy pod jego bokiem mordowano ludzi. Ponieważ oskarżony w momencie popełnienia przestępstwa miał mniej niż 21 lat, jego proces rozpoczął się przed sądem dla nieletnich.

Nic nie wie i nic nie widział
Podczas procesu Johann Rehbogen, były esesmana i strażnik niemieckiego obozu KL Stutthof, potwierdził, że był strażnikiem w obozie KL Stutthof, ale zaznaczył, że robił to ze strachu przed nazistami. Oskarżony nie neguje co prawda okrucieństw niemieckiego obozu w Sztutowie pod Gdańskiem, ale też nie przyznaje się do winy. Jego zdaniem fatalny stan więźniów w obozie nie był ukrywany, ale on jako wtedy osiemnastolatek nie zauważył w obozie żadnych systematycznych masowych zabójstw. Oskarżony stwierdził, że nigdy nie widział zmarłych więźniów, w tamtym czasie nie wiedział co to krematorium, ani nigdy nie słyszał o pomieszczeniach gdzie jakoby mordowano więźniów. Rehbogen zaznał, że dopiero pod koniec służby w obozie koncentracyjnym w Sztutowie zorientował się, że więźniowie umierają, ale był przekonany, iż jest to wynik wielu chorób. Zeznał, że nigdy nie był świadkiem żadnego transportu żydowskich więźniów do obozu. Zapamiętał tylko to, że został przydzielony do starej części obozu, w którym nie kwaterowano Żydów. Więcej nic nie wie i nic nie pamięta. Postawę Johanna Rehbogena ostro skrytykował wiceprezes Międzynarodowego Komitetu Oświęcimskiego Christoph Heubner. „Jego zeznania są niewiarygodne, oskarżony próbuje razem z obrońcami pokazać siebie jako naiwnego i bezradnego“ – powiedział Heubner. Także prokurator uznał wyjaśnienia oskarżonego za niewiarygodne.

Jeszcze jeden strażnik oskarżony
Tym razem chodzi o mieszkańca Berlina, Hansa Wernera H. Prokuratura w Berlinie zarzuca mu współodpowiedzialność za torturowanie więźniów, znęcanie się nad nimi, a także zamordowanie ponad 36 tys. osób. Hans Werner H. był esesmanem w randze „Rottenfuehrera“ i pełnił służbę jako strażnik w niemieckim obozie koncentracyjnym w Mauthausen w Austrii. Obecnie 95 letni mężczyzna spokojnie mieszka w Berlinie w dzielnicy Neukoeln. Oskarżony próbuje zaprzeczać jakoby służył w tym czasie w KL Mauthausen, ale prokuratura jest w posiadaniu imiennej listy szesnastej szturmowej kampanii SS, na której widnieje nazwisko oskarżonego. Esesmani z tej kompanii służyli w latach 1944 i 1945 w KL Mauthausen. Ponadto w mieszkaniu Hansa Werenera H. znaleziono zdjęcia na których znajduje się oskarżony w mundurze SS. Prokuratura twierdzi, że oskarżony był świadomy dokonywania w obozie masowych zbrodni, ponadto zarzuca mu także bezpośredni udział w kilku udokumentowanych zbrodniach. Oskarżony nie przyznaje się do winy. Teraz sąd okręgowy w Berlinie musi zatwierdzić akt oskarżenia, ustalić stan zdrowia oskarżonego i później wyznaczyć termin i harmonogram rozprawy.

Gdyby sąd postawił w stan oskarżenia Hansa Wernera H. byłby to trwający obecnie drugi proces byłego esesmana i strażnika niemieckich obozów koncentracyjnych, oskarżanych o zbrodnie wojenne. Wielu komentatorów zadaje pytanie ilu ich jeszcze żyje?

Dlaczego tak późno?
Wszystkie ofiary, które przeżyły KL Stutthof, jak również rodziny ofiar, które już, niestety, nie żyją, zadawały jedno pytanie: Dlaczego niemiecki wymiar sprawiedliwości czekał ponad siedemdziesiąt lat, by osądzić zbrodniarzy wojennych? W przerwie procesu w Münster korespondent „Polaka w Niemczech” rozmawiał z Benem Cohenem, wnukiem Judith Meisel, która przeżyła KL Stutthof. Wnuk Jud przyjechał z Nowego Yorku, by śledzić proces esesmana.

„Kompletuję bardzo starannie dokumentację dotyczącą mojej żydowskiej rodziny. Babcia Jud oraz jej siostra Rachel zostały zamknięte w obozie w Sztutowie razem z resztą rodziny. Babcia Jud opowiadała mi, co przeżyła w obozie, jako dwunastoletnie dziewczynka. Obydwu siostrom udało się przetrwać to piekło, ale utraciły część rodziny” – powiedział Ben Cohen. Także jego zdaniem proces byłego strażnika odbywa się o kilkadziesiąt lat za późno. Ale „zawsze lepiej późno niż wcale”, dodaje Ben Cohen. Tłumaczy, że nie chodzi tylko o konkretną karę, ale także o to, by pamięć o takich zbrodniach pozostała na zawsze.

Władze pobłażliwe dla zbrodniarzy wojennych
Niemieckie sądy po II wojnie światowej niezbyt chętnie ścigały zbrodniarzy wojennych. Według różnych źródeł od 1950 roku, kiedy to państwo RFN zaczęło ścigać i sądzić zbrodniarzy samodzielnie, skazano jedynie od niespełna 1 do ok. 4 proc. zarejestrowanych i poszukiwanych zbrodniarzy hitlerowskich. Jak wynika z badań Instytutu Historii Najnowszej w Monachium po wojnie spośród około 173 000 nazistów podejrzanych o zbrodnie wojenne skazano niecałe 6 600. Z tego 12 osób otrzymało wyrok śmierci, 163 dożywocie, około 6200 różnej wielkości wyroki więzienia, a 114 osób karę grzywny. W sumie tylko 1100 osób zostało skazanych za zabójstwo. Z danych statystycznych wynika, że znakomita większość zbrodniarzy nie była nigdy sądzona przez niemiecki wymiar sprawiedliwości, a wielu z nich dożyło starości w spokoju i dobrobycie. Warto w tym miejscu przypomnieć postać Heinza Reinefartha, jednego z największych zbrodniarzy wojennych i jednocześnie jednego z najbardziej szanowanych i cenionych mieszkańców niemieckiej północno-fryzyjskiej wyspy Sylt. Heinz Reinefarth był nie tylko w latach 1951-1964 burmistrzem miasta Westerland, ale od 1958 roku zasiadał w Landtagu Szlezwik-Holsztyn, jako poseł CDU. Przez wiele lat nikomu nie przeszkadzała brunatna przeszłość Rzeźnika Woli, który był odpowiedzialny za zamordowanie w czasie II wojny światowej dziesiątków tysięcy Polaków.

Ani skruchy, ani przeprosin
W swoim pierwszym wyjaśnieniu przed sądem w Münster były esesman nie wyraził skruchy, nie przeprosił ocalałych ofiar ani ich rodzin. Rozmawialiśmy z wieloma obserwatorami procesu, którzy zgodnie przyznali, że ani z mimiki twarzy, ani z ruchów ciała oskarżonego nie można było odczytać, że jest mu przykro, że żałuje i że przeprasza. „To jest najgorsze” – powiedział nam jeden z obserwatorów w imieniu żydowskich ofiar. Można było odnieść wrażenie, że 94-letni dziś Johann Rehbogen zdaje się mieć pretensje do sądu i do wszystkich, mówić, czego ode mnie chcecie, jestem starym zasłużonym dla Niemiec emerytem i już dawno zapomniałem, co się wydarzyło w latach 40 ubiegłego wieku.

Waldemar Maszewski

Schreibe einen Kommentar

Deine E-Mail-Adresse wird nicht veröffentlicht.